Posted: - Updated:

Droga do Sao – Buenos Aires

Categories Historie

Jestem sam w strefie wylotów czyli w miejscu, gdzie wstęp mają tylko ludzie z wykupionymi biletami po nadaniu bagażu głównego.

Nie powinno mnie tu być, ale udało mi się dostać szczęściem, pracownik lotniska myśli, że kupiłem lot do Argentyny. W innym wypadku przesiedziałbym cały weekend w areszcie. Wszystko co mam przy sobie to bagaż podręczny, czyli jeden komplet ciuchów plus bluza i kilka podstawowych pierdół pomagających zadbać o higienę w podróży. Moja główna torba zostanie nadana lotem, którym rzekomo miałem udać się do Argentyny.

Mam jakieś 13 godzin żeby zorganizować wszystko tak, aby się stąd wydostać.

Mam w życiu szczęście. Poza typowym szczęściem okolicznościowym, dzięki któremu można wyjść cało z opresji, mam jeszcze szczęście do ludzi, którymi się otaczam. Dzięki temu kiedy potrzebuję pomocy, zawsze znajdzie się ktoś, kto mi taką pomoc zaoferuje. Mimo, że w Polsce jest właśnie środek nocy, przyjaciel rezerwuje dla mnie lot do Argentyny, ten którym nadana zostanie moja torba i którym rzekomo miałem lecieć. Kiedy gadamy przez telefon najpierw myśli, że żartuję. W końcu udaje mi się go przekonać, że to nie dowcip – mówi tylko, że sprawdził właśnie odległość, którą muszę przebyć i że życzy mi szczęścia bo będę go potrzebował.

Dobra, wreszcie mogę iść się wyspać, a dalej – zobaczymy. Idę szukać ławki odpowiedniej na kilkugodzinną kimę, nic innego mi nie pozostało. W końcu znajduję dwie przysunięte do siebie frontami wyjątkowo blisko i rozwalam się na nich. Nie wiem ile czasu minęło, ale sądzę, że kilka godzin kiedy budzą mnie bełkotliwe głosy z dziwnym akcentem. Podnoszę się z mojego miejsca i widzę trzech hindusów.

Hindusi czasem wzbudzają moją sympatię. Głównie dlatego, że nikt ich nie lubi i trochę mi ich szkoda. Myślę, że potrafię wyobrazić sobie jak to jest, kiedy cała reszta świata patrzy na ciebie jak na karalucha z kraju, gdzie sra się na ulicy a trupy robią za kajaki na rzece płynącej centrum miasta. Widzę, że jeden z nich dziwnie się czai koło mnie, w końcu podchodzi i nieśmiało pyta czy mam tutaj wifi. Mam, musiałem kupić, żeby nie zostać deportowanym. Chłopaki chcieli zadzwonić do domu powiedzieć, że wszystko w porządku, ale lotniskowe wifi już wyczerpali. Niestety nie mogłem im pomóc. Próbuję wrócić do snu, przede mną jeszcze kilka ładnych godzin do lotu. Spostrzegam jednak, że nagle, mimo bluzy i długich dresowych spodni, zrobiło mi się zimno. Przykrywam się ręcznikiem ale to niewiele zmienia. Zauważam też, że mój telefon powoli traci baterię, a jak na jutro nie będę miał jej naładowanej do pełna i gps mi siądzie gdzieś w szczerym polu – będzie niemiło. Motywuje mnie to, żeby wstać i poszukać innego miejsca z kontaktem. Przy okazji cieplejszego.

Kiedy chodzę po lotnisku wpada mi do głowy pomysł, żeby najzwyczajniej w świecie stąd uciec. Teoretycznie strażnicy z tej zmiany nie wiedzą, że jestem tutaj nielegalnie, jestem dla nich tylko człowiekiem ze strefy boardingowej, co znaczy, że wylatuję z Brazylii, a więc idąc dalej tą logiką, muszę być tutaj legalnie. Istnieje szansa, żeby przekonać kogoś, aby mnie wypuścił na chwilę na papierosa i zniknąć w najbliższym autobusie do São Paulo. Tylko co wtedy z bagażem, który poleci do Argentyny ? Potrzebuję tych rzeczy teraz i tutaj. No i jeśli odkryją, że nie wyleciałem nawet jak uda mi się ukryć w São, to przy wylocie mogę dostać zakaz ponownego wjazdu, a tego bym nie przeżył. Decyduję się zostać i lecieć do Buenos Aires.

Idę więc szukać kolejnej miejscówki do spania. W innej części lotniska znajduję idealne ławki na kilka pozostałych godzin, ładuję tam też telefon. Aż do lotu nie wydarza się nic ciekawego, sam lot też wygląda jak wszystkie inne. Jedyna myśl jaka mnie nachodzi w tamtym czasie to to, że zauważam w swoim zachowaniu jakąś formę przystosowywania się do warunków, w których wylądowałem. Na przykład zaczynam inaczej patrzeć na źródła jedzenia, zaczynam robić zapasy. Zwracam uwagę, żeby zawsze mieć jakieś jedzenie w plecaku. Poza tym więcej uwagi poświęcam na pozyskiwanie pożywienia jak najmniejszym kosztem. Jeśli steward w samolocie rozdaje kanapki, nie jest mi głupio podejść i poprosić o jeszcze jedną. W moim plecaku zawsze trzymam też pełną butelkę wody. Jeśli nie ma gdzie jej kupić, albo moja karta nie chce działać w danym miejscu – napełniam ją wodą z kranu. Brzmi to banalnie ale człowiek, któremu odetnie się dostęp do jedzenia i picia, naprawdę zaczyna czuć się nieswojo. W końcu dolatuję na lotnisko pod Buenos Aires.

Prosto z samolotu udaję się do hali odbioru bagażu. Czekam przy taśmie, aż wyjedzie niebieski plecak z całym moim dobytkiem na następne ponad pół roku. Kiedy po kilkunastu minutach taśma staje a ja dalej nie widzę swoich rzeczy, nachodzą mnie podejrzenia, że strażnicy zatrzymali mój bagaż z powodu leków i suplementów, których mam w lekkim nadmiarze. Udaję się do punktu informacji i czekam, aż starsza Argentynka z obsługi skończy tłumaczyć coś babci na wózku. Zgłaszam brak mojego bagażu i pokazuję kwity, które dostałem przy nadaniu go. Argentynka dzwoni na lotnisko Guarulhos, okazuje się, że przygłupy z policji nie nadali mojego bagażu lotem, którym przyleciałem. Wszystkie moje rzeczy zostały w Sao. Obsługa oferuje mi dosłanie bagażu na lotnisko, na którym jestem. Sęk w tym, że musiałbym poczekać na to jeden dzień, a ja nie mam czasu. Ustalam z nimi, że zawiozą mój duży plecak do domu przyjaciela w Sao. Tym sposobem zostaje jedynie z małym podręcznym bagażem, jednym zestawem ciuchów, w których tłukę się po świecie od kilku dni i kilku podstawowych pierdół jak szczoteczka i pasta do zębów. Z drugiej strony przecież za dwa dni będę w Sao Paulo, a dzięki temu jestem bardziej mobilny. Odchodzę z mieszanymi uczuciami.

Po kilku nocach spędzonych na ławkach nie czuję się świeżo, idę do łazienki umyć zęby i głowę. Potem szybki posiłek i teraz muszę skupić się na dostaniu do samego Buenos Aires, bo lotnisko leży kilkadziesiąt kilometrów pod. Zaczynam rozpytywać ludzi, którzy parkują samochody na parkingu pod lotniskiem czy ktoś będzie wracał do centrum, niestety mało kto mówi po angielsku. Z jedną parą nawiązuję większy kontakt, ale okazuje się, że jadą gdzie indziej. Zagaduję w końcu do jakiegoś mężczyzny w landroverze, on też nie może mnie zabrać, ale wysiada i prowadzi do miejsca gdzie złapię taniego busa do Buenos. Przynajmniej tyle wywnioskowałem z wyrazu twarzy, bo nie dogaduję się po hiszpańsku. Autokar rzeczywiście nie był drogi i dojechał w miejsce, które mnie interesuje.

Dojeżdżam w końcu na główny terminal autobusowy w Buenos Aires. Na tyłach jest strasznie, jeden wielki bazar. Dziwne, indiańskie rysy twarzy i wzrok czarnych oczu na wpół zdziczałych ludzi ze slumsów potrafi osobę, która jest do podobnych klimatów nieprzywykła zaniepokoić. Na szczęście mieszkając kilka miesięcy na brazylijskiej faveli, potrafiłem się odnaleźć w podobnym otoczeniu. Chcę uzupełnić zapasy, idę więc do marketu lawirując między siedzącymi na trawniku brudnymi ludźmi sprzedającymi jakieś pierdoły. Sklep od środka wygląda gorzej niż biedronka 10 lat temu. Wszędzie unosi się zapach nadgniłej żywności wymieszany z chemią do czyszczenia. Same produkty są niedbale rozrzucone po półkach i kiedy przyglądam się cenom jestem zdziwiony. Żarcie sporo droższe niż w Polsce. Staram się nie nadszarpywać moich finansów, więc biorę tylko jakieś owoce i orzechy i idę do kasy. Karta płatnicza nie przechodzi, terminal wyrzucił informację o złym pinie. Dwa razy. Rezygnując z zakupów i odchodząc od kasy zauważam indiańską, zafascynowaną twarz młodej dziewczyny wpatrującą się w moje niebieskie oczy. Jest naprawdę ładna i teraz zaczynam czuć, że znowu jestem w Ameryce Łacińskiej. Moją misją na dziś jest znaleźć sposób aby dostać się do granicy z Brazylią, odkładam więc wszystkie inne sprawy i idę szybko z powrotem w stronę terminala autokarów. Udaje mi się dorwać bilet na kurs do Ciudad Del Este (miasto leżące na granicy Argentyny, Paragwaju i Brazylii) w Paragwaju bez wjeżdżania na granicę brazylijską. Dla mnie to układ idealny, który pozwoliłby mi uniknąć konieczności pokazywania dokumentów. Dobra, do odjazdu mam jakieś 8 godzin więc idę zwiedzać. Każdy sklep, przy którym staję, żeby coś kupić odrzuca moją kartę, nie wiem czemu. Oglądam jakiś park, kilka skwerów. Miasto jak miasto, widać, że to Ameryka Łacińska chociaż panuje tu trochę mniejszy chaos niż w Brazylii.

Wpis jest kontynuacją poprzedniego, który możesz znaleźć tutaj.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz