Sao Thome – brazylijski hippyland cz. 2

Categories Brazylia

Na razie przy opisie Sao Thome skupiłem się właściwie tylko na ludziach, a prawda jest taka, że gdyby na tym kończyły się zalety tego miejsca pewnie nawet bym o nim tutaj nie wspominał.

To, co sprawia, że miasteczko jest tak ciekawym dla mnie odkryciem jest mieszanka bezproblemowych, przyjaznych ludzi, naprawdę pięknej natury i energii, którą emanuje to miejsce. Chodząc po kamiennych uliczkach Sao Thome człowiek ma wrażenie, że nagle spośród betonowych chaotycznie zabudowanych ulic, często obklejonych ciasno dookoła favelami znalazł się w samym środku baśni. Przy tym wszystkim cały czas ma się uczucie że mimo dużej ilości hotelików, pousad i pokoi do wynajęcia całe to miejsce żyje spokojnie swoim życiem nie ekscytując się za bardzo turystami. Wygląda to tak jakby turyści byli tu tylko dodatkiem, który pozwala mieszkańcom żyć po swojemu. Przyjechałem tutaj poza sezonem i po kilku dniach czułem się jakbym był częścią tego miejsca, każde wyjście z pousady oznaczało spotykanie znajomych twarzy, które po jakimś czasie witały mnie jak starego sąsiada. Wrażenie zupełnie odwrotne do tego czego doświadczamy zwykle w typowych miastach turystycznych jak nasze polskie Zakopane, gdzie człowiek czuje się jak ranna antylopa próbująca schować się przed stadem sępów i gdzie jasno widać podział MY i ONI, czyli my klienci, próbujący nie dać się naciągnąć i oni – górale próbujący wydymać nas na byle oscypku.

Całe to uczucie baśniowości wzmaga się jeszcze bardziej po opuszczeniu murów miasta i wejściu, na którąkolwiek z tras wyjazdowych.

Chociaż trasy wyjazdowe to chyba złe określenie, tak naprawdę jest jedna trasa wylana betonem prowadząca do miasta oddalonego o ok. 40 kilometrów, która biegnie wśród wzgórz będących też źródłem kamieni – surowca, z którego powstaje większość okolicznych budynków. Z drugiej strony miasteczka mamy zwyczajną wsiową drogę wyglądającą jak udeptana glina, która prowadzi do kilku pięknych wodospadów rozmieszczonych w promieniu kilkunastu kilometrów, kilku jaskiń, malutkiej wioseczki i sporej ilości campingów o dwuznacznych nazwach typu “grzybki” (miasteczko znane jest jak już wspominałem z luźnego podejścia do miękkich narkotyków, marihuany czy właśnie grzybków, do których nawiązania można znaleźć dosłownie wszędzie). Ciężko to wyjaśnić słowami, ale samo wyruszenie tą glinianą trasą na kilkugodzinny spacer ma w sobie coś co uspokaja. Może to fakt, że w ciągu prawie całego dnia spotkałem na trasie ledwie kilkoro ludzi, a może chodzi o dziwną przyjemność jaką daje oglądanie tak nasyconego różnymi kolorami krajobrazu (od czerwonej, glinianej drogi biegnącej często wzdłóż intensywnie zielonej, wylewającej się nad trasę dżungli do jasnozielonych pastwisk ulokowanych na wzgórzach poznaczonych wielkimi głazami czy w końcu po dojściu odpowiednio daleko – widoku dolin, które wyglądają bardziej jak kamienista sawanna). W każdym razie trzeba przyznać jedno – Sao Thome i okolice mają klimat.

Wspominałem o wodospadach.

Jest ich tutaj w okolicy kilkanaście, w różnej odległości, do niektórych dojście jest proste, do części trzeba zasięgać języka, kluczyć po pastwiskach albo wspinać się po skałach. Te drugie są najczęściej dużo ciekawsze i na nich spotykałem ludzi sporadycznie.

Jeden z mniejszych wodospadów mieści się na odludziu, koło przyczepy lokalnego rzemieślnika tworzącego rzeczy z kamienia. Chcę o tym człowieku wspomnieć, bo wydaje mi się, że tryb życia jaki prowadzi jest mokrym snem każdego introwertyka lubiącego naturę. Jak już wspomniałem mieszka kilka kilometrów od reszty zabudowań małej wioseczki Sobradinho. Jakieś 30 metrów od wodospadu postawił małą kamienną chatkę a obok niej przyczepę, która jest jego pracownią. Cały dzień obrabia kamienie i tworzy z nich zarówno pamiątki dla turystów jak i całą gamę rzeczy, z których się tutaj po prostu korzysta jak np. kamienne podkłady do pieczenia pizzy lub steków używane przez tutejsze restauracje, kamienny grill czy kubki. Kiedy raz na jakiś czas na horyzoncie pojawią się turyści oglądający wodospad, w razie potrzeby zamienia się w barmana we własnym mini barku doklejonym do pracowni. Jego jedynymi kompanami na stałe są pies i cross, który jeśli trzeba zapewnia mu szybką komunikację z resztą świata. Jego jedynym zobowiązaniem – potrzeba zarobienia na proste życie, które prowadzi.

Takich właśnie ludzi ciągnie do Sao Thome, prostych, ceniących sobie życie bez stresów wielkiego miasta.

Chciałbym napisać coś więcej o przyrodzie w Sao Thome, ale chyba nie ma to sensu. Żaden opis przyrody nigdy nie będzie na tyle ciekawy, żeby naprawdę zainteresować, zwłaszcza w dobie internetu kiedy każdy może odpalić sobie google grafika i znaleźć na drugim końcu świata zdjęcia jeszcze ciekawszych miejsc niż opisywane. Człowiek tak naprawdę docenia naturę dopiero kiedy ma szansę ją poczuć na żywo. Wtedy nawet mazurskie jezioro o zachodzie słońca wpływa na nas dużo mocniej niż najlepsze zdjęcie norweskich fiordów, dlatego zamiast opisu zostawię kilka zdjęć i przejdę do ostatniego o czym chciałbym opowiedzieć odnośnie Sao Thome.

Magia.

Nie wiem skąd się to tutaj wzięło, ale ludzie w Sao Thome… Wierzą w gnomy, wiedźmy i ufo. Ciężko ucieć od łączenia tego faktu z ich zamiłowaniem do narkotyków, ale podobno często tutaj widują dziwne rzeczy. W sklepach z pamiątkami, na ulicach czy w nazwach obiektów co chwila widać nawiązania do zjawisk paranomalnych. Trochę to śmieszne ale Sao Thome nawet wykształciło swoją własną modę łącząc motywy bajkowych istot z motywami typowo hipisowskimi i indiańskimi i tak można tutaj znaleźć koszulki upstrzone jaskrawymi kolorami i narysowanymi skrzatami, albo gnomy chodzące po łące i zbierające magiczne grzybki. O dziwo mieszkańcom naprawdę zdarza się chodzić w podobnych rzeczach.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz