Posted: - Updated:

Sao Thome – brazylijski hippyland cz. 1

Categories Brazylia

Przyznam szczerze, że nie chciałem robić z tego bloga przewodnika turystycznego. Dużo ciekawszymi rzeczami do opisywania są sami brazylijczycy i histore, które serwuje mi co jakiś czas ten dziki kraj, jednak zdarza mi się trafiać w tak ciekawe miejsca, które jednak nie generują ciekawych opowieści, że mimo wszystko mam ochotę to przedstawić chociaż w małym stopniu.

Tym bardziej, że najczęściej w internecie (nigdy nie sprawdzałem przewodników papierowych) nie mogę znaleźć nawet wzmianki o części z tych miejsc. Ja się o nich dowiaduję od brazylijczyków podróżujących po kraju, więc wątpię, że jakiś turysta z Polski przyjeżdzający tutaj na dwa tygodnie trafi do nich sam.

Jednym z takich miejsc jest właśnie Sao Thome das Letras. Małe miasteczko w stanie Minas Gerais, mniej więcej w połowie drogi między Sao Paulo a Rio de Janeiro. Wikipedia mówi o nim tylko gdzie leży i ile osób tam mieszka i jeżeli miałbym planować wycieczkę po Brazylii, w życiu nie zwróciłbym uwagi na tę mieścinkę pośrodku niczego. Samo to, że się tam znalazłem było przypadkiem. Pojechałem trochę w ciemno mając w głowie plan spędzenia jednej, maksymalnie dwóch nocy i powrotu do Sao. Ostatecznie zostałem ponad tydzień i przed wyjazdem zbierałem numery do ludzi oferujących wynajem domów i pokoi, a na liście rzeczy do zrobienia przed śmiercią pojawiła mi się nowa pozycja – conajmniej miesięczna ucieczka od życia w Sao Thome.

Dobra, ale co tak naprawdę tam jest i dlaczego uważam to miejsce za ewenement w skali Brazylii ?

Trzy rzeczy – Ludzie, natura, magia.

Już od samego przyjazdu o 6 rano kiedy jeszcze słońce nie zdążyło wstać, rzuciło mi się w oczy, że okolice terminalu autokarowego różnią się od reszty miejsc, które odwiedziłem w Brazylii. Wszystko zbudowane z kamienia, domy, ulice, sklepy. Na początku nie zwróciłem na to uwagi, bo wszędzie trafi się bardziej zadbana czy wystylizowana uliczka, ale idąc cały czas w głąb w poszukiwaniu jakiegoś noclegu, krajobraz się w ogóle nie zmieniał. Cały czas szedłem ulicami wyłożonymi kamieniami i mijałem domy też ułożone z kamieni. Okazało się, że okolice Sao Thome są miejscem wydobycia jakiegoś dziwnego rodzaju kamieni nadającego się idealnie jako budulec. Są one tutaj tak tanie, że służą jako główny materiał pod budowę.

Sam ten fakt nadaje miastu unikalny wygląd, którego się w Brazylii nie spodziewałem a najlepsze jest to, że to dopiero początek.

Ludzie.

Wchodzę do padarii, małego brazylijskiego sklepo-barku, w którym można wypić kawę i zjeść proste śniadanie przy okazji zaopatrując się w podstawowe produkty spożywcze. Jestem jedynym klientem, mojego wejścia od strony ulicy ciężko nie zarejestrować, a mimo to kobieta za ladą nie kłopocze się jakimkolwiek ruchem. Siedzi jak siedziała i ogląda telewizję. Możnaby pomyśleć, że wszedłem do polskiego urzędu i zaraz zostanę obrzucony obrażonym spojrzeniem księżniczki ale nie. Moje podejście do lady i powitanie sprawia, że pracownica padarii obraca się co prawda bardzo powoli, ale uśmiechnięta tym naturalnym uśmiechem człowieka, który ma na wszystko w życiu czas. Zagaduję ją i chwilę rozmawiamy, po czym pytam się o jakiś produkt. Ona na chwilę wpada w zamyślenie, prosi mnie żebym poczekał i… Wychodzi na zaplecze (cały czas bardzo wolno) zostawiając na ladzie w zasięgu mojej ręki swój telefon i jakieś klucze. Wraca po kilku minutach podając z uśmiechem to o co prosiłem.

Jedna ze specjalności miasteczka Sao Thome są słodkie, smakowe nalewki w pełnym przekroju smaków. Można znaleźć tutaj wszystkie kombinacje owocowe (marakuja, banan, truskawka, arbuz i wiele innych) ale i różne inne wymysły typu “nalewka wiedźmy”,”nalewka ET” lub na bazie chilli.

Idę jedną z głównych uliczek i zauważam banner reklamowy “pinga no bambu 3 reais”, postanawiam wpaść i spróbować tych wymysłów podawanych w ciętym kawałku bambusa. Już za bramą dostrzegam kilku mężczyzn w trakcie rozpijania jednej z flaszek, rozmawiają o niczym lekko podniesionym głosem, w którym czuć oznaki podpicia. W Polsce właśnie teraz wchodziliby w fazę obserwacji, kto się na nich spojrzy w zły sposób. Widzę, że mnie zauważyli więc narzucam sobie gotowość do zareagowania w razie spięcia. Podchodzę do lady i zatrzymuje się myśląc, którą wybrać, jednocześnie cały czas widzę, że zerkają na mnie z boku co jakiś czas. W końcu jeden z nich coś do mnie mówi. Odwracam się i widzę rękę z wyciągnięta butelką.

– Stary weź sobie figówkę, jest naprawdę zajebista i dziś w promocji !

Po czym nie pytając bierze swój kawałek bambusa, polewa szczodrze i wciska mi w rękę. Pogadaliśmy chwilę o tym że nie jestem stąd, zamówiłem i poszedłem w swoją stronę. Sao Thome jest jednak naprawdę małym miasteczkiem i potem kilka razy spotykałem ich w różnych miejscach, za każdym razem z daleka machali pytając:

– Cześć gringo, wszystko w porządku ?

Następnego dnia wracam do miejsca z nalewkami próbować innych smaków. Zamawiam pingę w bambusie za 3 reale i wyciągam banknot 50. Właściciel zerka obojętnie i rzuca, że nie ma wydać. Kiedy zaczynam szukać po kieszeniach drobnych mówi tylko:

– Doooobra, zapłacisz przy okazji.

Trzeciego dnia po przyjeździe przychodzi do mnie właściciel pousady, w której się zatrzymałem.

– Jak ci się tutaj mieszka ?

– Dobrze, jest naprawdę spoko.

– Bo wiesz, nie ma teraz ruchu w ogóle, bo jest poza sezonem i pomyślałem sobie, że jeśli wolisz zamiast tego pokoju to możesz zajać domek tu obok. Tam miałbyś swoją kuchnię i więcej miejsca. Daj znać jakbyś miał ochotę.

– A po ile ten domek ?

– Zapłacisz tyle na ile się umówiliśmy na wstępie.

Od następnego dnia mieszkałem w domku z dwoma pokojami, kuchnią, łazienką i salonem. Po cenie, którą ustaliliśmy po przyjeździe czyli z doliczoną od początku zniżką (miałem spać w innym miejscu, które okazało się zamknięte więc dostałem taką samą cenę jaką miałem zapłacić tam).

Tacy są prawie wszyscy w Sao Thome. Leniwi, ale bezproblemowi, mili, pomocni i przyjacielscy. Tutaj nikomu nie spieszy się z niczym, zawsze jest czas. Zachowują się jakby byli upaleni co w wielu przypadkach jest prawdą, bo miasteczko znane jest z luźnego podejścia do marihuany i magicznych grzybków. W całym mieście roi się od hipisów i naprawdę dziwnych typów jak mężczyzna, który chodzi bez butów i całymi dniami przesiaduje w miejskim parku koło kamiennego budynku zwanego piramidą, gdzie sprzedaje komponowaną przez siebie muzykę i przedstawia się jako “filozof ziemii”.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz